wtorek, 2 maja 2017

Idzie nowe

Kilka osób pytało dlaczego nic się na blogu nie pojawia. Odpowiedzi jest wiele - kilka drobnostek wpływających na całość. Od braku czasu, przez niezadowalający wygląd strony po brak pomysłów. Postanowiłem jednak ostatnio wziąć się w garść i spróbować ruszyć na nowo. Przestałem korzystać z bikestatsa i chciałbym zaoszczędzony czas przeznaczyć na tą stronę.

Już niedługo w nowej odsłonie :) Mam nadzieję, że będzie się działo więcej nic obecnie! Do zobaczenia!


wtorek, 12 lipca 2016

Z nieba do... Bachledówki - Tatra Road Race 2016

9 Lipca już dawno bo jeszcze w zimie przeznaczony był na jedno wydarzenie - wyścig Tatra Road Race. Po wielkim sukcesie w zeszłym roku nie widziałem innej możliwości jak wziąć udział i w tegorocznej edycji. Wielkich przygotowań pod względem formy nie było - ściganie nie jest dla mnie priorytetem, liczyła się zabawa, sprawdzenie siebie i poczucie tej świetnej atmosfery. Tak więc zapisałem się już w Lutym i spokojnie czekałem na Lipiec. 

przygotowania przed startem


Na wyścig ruszyliśmy w pełnym składzie rodzinnym. Pobudka 4:45 i już o 5:30 ruszyliśmy w liczącą 155km trasę do Zakopanego. Doświadczenie z zeszłego roku jednoznacznie kazało wyjechać wcześniej. Chciałem uniknąć nerwów i zapisu w biurze 3 minuty przed jego zamknięciem. 

numerek na sztyce to genialne rozwiązanie. Pro :) 


Trasa przebiegła bez zakłóceń i już o 8:30 byliśmy na miejscu pod hotelem Mercure w Zakopanem. Na spokojnie przygotowałem rower, ubranie i całą resztę. Pogoda po nocnych burzach trochę się poprawiła - od czasu do czasu wychodziło nawet słońce ale raczej pewne było, że w trakcie dnia popada. Mi to jednak nie przeszkadzało, wyścig to wyścig :)

Tuż przed startem.

Od kolegi dowiedziałem się, że dostałem pierwszy sektor na starcie co mnie ucieszyło bo oznaczało to, że nie będę musiał przebijać się od samego początku do przodu. Plan był taki, aby zacząć z przodu i spróbować dojechać do pierwszej premii górskiej w czołówce. Potem się zobaczy. 

Humor dopisywał :)



Czasu do startu było sporo więc pochodziłem po miasteczku zawodów. W tym roku wpadli chłopaki z Canyona więc mogłem pooglądać sobie bogatsze wersje mojego roweru :) Powiem jedynie, że czerwony Aeroad na Dura-Ace kradnie serce natychmiastowo i już wiem co chcę mieć w przyszłości :P Pogadałem z chłopakami i dobrze się stało bo panowie zauważyli 2 małe problemy w rowerze, które szybko zostały naprawione. Fajnie :) 

Stoisko Canyona wygrało :P 


Nadszedł czas startu długiego dystansu, na którym ustawiło się 227 osób. Na początek za samochodem start honorowy więc przesunąłem się lekko do przodu. Nadszedł skręt w prawo i zaczynamy zabawę na serio - podjazd pod Gubałówkę. Udało się wjechać całkiem sprawnie, tuż za czołówką i zaczynam zjazdy z kilkoma innymi osobami. Utworzyliśmy z tego wszystkiego około 20 osobową grupę i goniliśmy liderów. Na początku nie szło to zbyt dobrze i czoło wyścigu nam zniknęło ale z czasem współpraca zaczęła się układać i po jakimś czasie na horyzoncie znów pojawiła się czołówka. Wszyscy dostali powera w nogi i gdzieś na 40km trasy połączyliśmy się w jedną dużą grupę. Całkiem miła to była niespodzianka choć trwała niezbyt długo - liderzy po kilku kilometrach przyspieszyli i pojechali :) 

Pogoń za liderami.


Znów jechaliśmy w drugiej grupie. Szło dobrze ale niestety do czasu - najpierw złapała nas potężna ulewa. Temperatura momentalnie spadła do 12 stopni. Na zjazdach rozjechaliśmy się bo ciężko się w tych warunkach hamowało. Biorąc pod uwagę pogodę i to o czym mówiłem wcześniej - brak treningów no to doszło do tego do czego dojść musiało - złapała mnie bomba :) 

Cierpienie na Bachledówce.


Było to gdzieś koło 75 kilometra więc lekko za połową dystansu. Od tego momentu jechałem już niestety niemal sam do mety. Jedynie raz na czas ktoś mnie wyprzedzał i łapałem na kilka sekund jego koło. Straty poniosłem wielkie i ostatecznie na metę wjechałem jako zawodnik numer 75. Nie jest to jednak zły rezultat biorąc pod uwagę wszystkie czynniki więc wielkiego zawodu nie odczuwam. Wręcz przeciwnie - cały dzień zapisuje się dla mnie na ogromny plus.

Jeszcze większe cierpienie na Bachledówce :P 


Po wyścigu niemal wszyscy pozostali w miasteczku. Ja udałem się na przepyszny makaron oraz na stoiska z owocami, drożdżówkami i napojami. Było wszystkiego pod dostatkiem. Odwiedziłem też stoisko JMP i korzystając z przysługującego zawodnikom rabatu zakupiłem sobie fajną kurtkę na jesienne treningi :) Później już dekoracja i losowanie nagród. I tym razem nie miałem szczęścia i nic nie wylosowałem. Ale to nic. 

Na rozjeździe pętli.


Na koniec aż się prosi, aby ocenić całe wydarzenie. Jest to dla mnie czysta przyjemność pisać takie rzeczy: Tatra Road Race był w tym roku doskonały. Ani ja, ani nikt z kim rozmawiałem nie znalazł żadnych powodów, aby powiedzieć coś złego na organizację. Trasa była zabezpieczona wzorowo, oznaczona w pełni profesjonalnie, bufety były obstawione przez masę chętnych do pomocy ludzi, którzy dwoili się i troili, aby każdy zawodnik - nawet tez zostający z tyłu - miał to czego trzeba. Bidony z izotonikiem to detal ale jakże ważny. Uratowały wielu także mnie. Trasa jak było obiecane została lekko wydłużona i zyskała jeszcze na trudności - 3 powtórzenia Bachledówki doprowadzały wielu zawodników do stanów depresyjnych, a namalowany w połowie podjazdu uśmieszek wywoływał dzikie reakcje :P Widoki - cudne, pogoda niby kiepska ale jest coś pociągającego w ściganiu się w ulewie. Po prostu wspomnienia są mocniejsze i zostają w pamięci dłużej. Można tu przytoczyć humorystycznie jedną z zasad velominati, która wspomina o kolarzu, który "widząc w poranek wyścigu padający deszcz, pozwala aby uśmiech zagościł na jego twarzy - to jest osoba, która kocha to co robi". I ja to właśnie tak odbieram. Rower przecież wyczyściłem, a ciuchy wyprałem. A wspomnienia lejącej się z pod kół wody w ilości liczonej w hektolitrach będzie wspominana jeszcze długo :) 


Upragniona meta. 




Widać, że TRR jest robiony dla nas - zawodników. To czuć na każdym kroku i dlatego ten wyścig jest takim sukcesem. Mimo, że nie przepadam za ściganiem to wiem, że wrócę pod hotel Mercure w przyszłym roku. Na bank!

Pamiątkowe zdjęcie z pucharem, który wygrał kolega Dawid!



Było ciężko ale pięknie. 



sobota, 26 marca 2016

[Przepis] Batoniki energetyczne DIY

Przedstawiam przepis na świetne batoniki energetyczne. Przepis jest lekko zmodyfikowaną wersją od chłopaków z GCN. Batoniki robię już drugi rok i są genialne. Smak super, brak konserwantów, poprawna konsystencja (nie rozlatują się w rękach podczas jazdy) i co najważniejsze dają kopa co już nie raz i nie dwa uratowało mnie przed mega bombą :) 

Co będzie potrzebne:


120ml oleju 
2 łyżki miodu
200g brązowego cukru
1 łyżka masła orzechowego*
1/2 łyżeczki olejku waniliowego
1/2 łyżeczki olejku migdałowego

~50g nasion słonecznika
~50g sezamu
~50g płatków migdałów
~50g rodzynków
~220g płatków owsianych

Proporcje można dość swobodnie zmieniać, co komu pasuje.



Przygotowanie:


Garnek stawiamy na mały ogień. Wlewamy przygotowany wcześniej olej, cukier brązowy, miód, masło orzechowe oraz olejki. Wszystko dokładnie mieszamy do uzyskania jednolitego koloru. Zdejmujemy z ognia. 




W między czasie przygotowujemy małą blachę i włączamy piekarnik na 180 stopni (góra-dół).

Następnie zaczynamy powoli dodawać do garnka wszelkie nasiona i rodzynki zostawiając płatki owsiane na koniec. Wsypujemy po trochę i dokładnie mieszamy. Na końcu tak samo robimy z płatkami owsianymi. Tutaj drobna uwaga - będzie dość ciężko, masa po wsypaniu płatków staje się dość zbita i sucha i ciężko się ją miesza. Trzeba trochę siły i cierpliwości. 



Gdy wszystko będzie już dobrze zmieszane wysypujemy to na blachę (warto wyłożyć ją papierem do pieczenia). Staramy się bardzo porządnie ubić masą widelcem, tak żeby było "równo" i żeby całość była zbita, a nie luźna. Wstawiamy blachę do piekarnika na jakieś 12-18 minut. 



Po wyciągnięciu trzeba batonikom dać trochę czasu na ostygnięcie. Tuż po wyciągnięciu będą strasznie miękkie, ale spoko - po ostygnięciu będzie dobrze. Jak całość już nie parzy w ręce to warto batoniki wyciągnąć z blachy żeby mogły dobrze wyschnąć z każdej strony. 

Po całkowitym ostygnięciu kroimy całość w odpowiednie dla nas porcje. 



Gotowe!

Polecam bardzo, w tamtym roku liczyłem i nie dość, że batoniki nie mają w sobie chemii to ich koszt jest zdecydowanie niższy od gotowych produktów sklepowych. Smak mają genialny.






*Masło orzechowe można pominąć. Można też zrobić swoje własne. Wrzucamy paczkę orzechów ziemnych niesolonych do maszyny typu "Kasia" i włączamy. Najpierw całość zamieni się w drobny pył, ale po chwili jakimś fajnym sposobem masa robi się "mokra" i wychodzi nic innego jak gęste, gładkie masło orzechowe. Można sypnąć odrobinę soli podczas miksowania. 

sobota, 5 marca 2016

Owijkowe dylematy

Stało się. Nadszedł dzień w którym wymiana owijki stała się konieczna. Od nowości w Canyonie siedziała ich markowa owijka Canyon Ergo Gel w kolorze białym. 

Owijka Canyona jest genialna kropka. 

Owijka genialna z wielu względów: bardzo miła w dotyku, komfortowa, i świetnie dająca się czyścić. Ciężko znaleźć drugą taką owijkę w kolorze białym, która po 10 miesiącach jazd i ponad 12000km będzie wciąż biała. A jednak, ta w Canyonie taka była. Ale wszystko kiedyś się kończy i nawet ona zaczęła się powoli poddawać i szarzeć. Niestety w sklepie Canyona już takiej do kupienia nie było i zacząłem się rozglądać za czymś innym, żeby trochę odświeżyć wygląd kierownicy. Jakby nie patrzeć to właśnie głównie kierownicę się widzi najczęściej spośród innych części rowera podczas jazdy. Natrafiłem na owijkę z rodziny Fizika - Fizik Performance Tacky. Kolega ma czarną i miałem okazję ją "podotykać". Spodobała mi się więc niewiele się zastanawiając kupiłem taką ale białą. 

Fizik Performance Tacky w kolorze białym podczas pierwszej jazdy.




Już podczas zakładania zacząłem mieć złe przeczucia, gdy widziałem dokładnie z jakiego jest materiału. I niestety. Po zaledwie 50 kilometrach w suchych warunkach, w rękawiczkach świeżo ściągniętych z suszarki owijka wyglądała jak po kilku miesiącach tyrania. Dla mnie było to nie do zaakceptowania: ciemne ślady w dolnym i górnym chwycie oraz przy klamkomanetkach. Na dodatek ślady nie zechciały się zmyć żadnym specyfikiem jaki znalazłem pod ręką. 

Po 50km owijka wygląda fatalnie

Co mi pozostało? Postanowiłem zupełnie zamieszać i kupiłem kolor czarny. Ot odmiana całkowita. W tym wypadku jest już naprawdę super: owijka z serii Performance Tacky jest genialna w dotyku - taka jakby lepka, miękka. Posiada solidną wkładkę żelową więc tłumi drgania fantastycznie. Wygląd też kozacki - bardzo lekki połysk, fajna tekstura i wzór. Było trochę zabawy z zakładaniem - to z racji jej dość znacznej grubości - ale koniec końców wszystko jest ok. Wersję czarną tej owijki mogę z czystym sumieniem gorąco polecić! 

W wersji czarnej owijka wygląda kozacko ;) 


Biała owijka leci więc do Gianta, dostał niespodziewany prezent :) W sumie też mu się coś należy choć boli fakt, że musiałem kupić dwa komplety owijki w przeciągu tygodnia... A jak tylko namierzę gdzieś białą owijkę Canyona to kupuje i schowam na przyszły sezon ;) Mimo wszystko ten biały ma w sobie coś pociągającego...




A może tak? :D




poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sen zimowy

No cóż, kiedyś musiało się to stać. Zima bywała w ostatnich latach raczej łaskawa dla nas kolarzy, ale od początku nowego roku daje nam popalić. Najpierw siarczyste mrozy przez całą dobę na okrągło. Później niby ocieplenie, ale wciąż minus w dzień, a do tego śnieg. Lokalne drogi białe, te główniejsze wprawdzie po części czarne ale czasem zawierające skrzętnie ukryte pułapki w postaci niewidzialnego z daleka fragmentu lodu. Oprócz tego sporo błota i niszczycielska sól. Ostatnio w niektórych miejscach na krajówce ciężko było dostrzec pasy bo tak biała od soli była droga!


To wszystko wymusiło na mnie sen zimowy. Może nie całkowity ale jednak. Canyon stoi w pokoju nieruszany od 4 Stycznia. Nigdy wcześniej nie miał ode mnie takiej przerwy w jeździe. Stary Giant co prawda trochę pojeździł ale też tyle, że aż przykro mówić. No i wreszcie stary rower górski, ten od zadań specjalnych. Trochę uratował sytuację, choć to szarpanie się z nim i śnieżnym terenem ciężko nazwać jakimś treningiem. Raczej spacerem żeby całkiem w domu się nie zasiedzieć. 


Tak czy siak dostrzegam pewne pozytywy w tej kiepskiej sytuacji. Wreszcie zaliczyłem naprawdę porządną przerwę od typowych treningów i wypraw. Po niezwykłym dla mnie 2015 roku ciężko nie docenić takiej 3 tygodniowej przerwy. Odpocząłem zarówno fizycznie jak i psychicznie. Nie żebym tracił chęci na rower, ale dzięki tej przerwie chęci te podskoczyły wysoko w górę. Tak więc nie jest źle. Dziś zaczęła się dość porządna odwilż. Prognozy na czwartek są tak niezwykłe, że wolę ich nie wymawiać na głos... Czuje, że sen zimowy - przynajmniej na jakiś czas - zbliża się ku końcowi :) Może uda się naprawdę rozpocząć nowy rok! 



  

niedziela, 3 stycznia 2016

Plany i cele na 2016

Sylwester minął, liczniki się wyzerowały, a ja narysowałem grubą kreskę pod ostatnim wpisem w 2015 roku. Dobrze jest mieć taki jeden ustalony dzień, gdzie można postawić granicę i oddzielić od siebie dwa okresy czasu. Dobrze to wpływa na psychikę. Teraz czas wyczekiwania wiosny, trenowania kiedy tylko się da i czas na jakieś określenie celów na najbliższy rok. Bo ja lubię mieć postawiony jakiś cel i do niego dążyć. Tak jest mi po prostu łatwiej.

Plany startowe odkładam na bok - zastanawiałem się długo czy zdecydować się na sezon ścigania z pełnym przygotowaniem ale po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw odrzuciłem ten pomysł. To po prostu nie dla mnie. Nie mógłbym dzień w dzień realizować z góry założonego planu treningowego. To zbyt duże ograniczenie wolności. Wolności, którą właśnie rower mi pokazał i dał. Owszem planuje pojawić się na 2-3 wyścigach, ale będą to starty jak zawsze "dla zabawy".

Nie oznacza to oczywiście rezygnacji z jakichkolwiek treningów. Oj nie. Będę chciał mimo wszystko przygotować fajną formę na lato. Jest kilka segmentów do odzyskania i jest kilka czasówek do poprawienia :) Wszystko jednak w granicach rozsądku - nigdy nic na siłę.

Chciałbym bardzo poprawić czasy na 20km oraz 100km. Na dzień dzisiejszy do pobicia jest średnia 41,6km/h na 20km oraz 37,1km/h na 100km. Tak więc to są moje cele czysto sportowe.

Główne cele dotyczą jednak z goła czegoś innego - długich wypraw. To właśnie całodniowe kilkuset kilometrowe wypady dały mi najwięcej frajdy w zeszłym sezonie. Zarówno te przejechane ze znajomymi, jak i samodzielne. Plan główny - Bieszczady, czyli lekko ponad 500km trasa z domu zakładająca zrobienie Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Będzie ciężko i ciekawie tego jestem pewien :) Oprócz tego chciałbym zrobić kilka tras >300km oraz co najmniej kilka >200km. Ot pozaliczać nowe gminy, pozwiedzać nowe miejsca. Nie mam konkretów, pojawią się trochę później.

Przebiegu rocznego też nie wyznaczam. Ciężko będzie zbliżyć się do 16 tysięcy z 2015 roku. Poza tym nie chcę sobie narzucać liczb żeby potem nie jeździć na siłę. Zobaczymy co wyjdzie, głód na jazdę jest więc jeśli czas pozwoli to powinno być nieźle.

Wrócę do tego wpisu za rok. Zobaczymy co będzie ;)



wtorek, 1 grudnia 2015

Ubiór na zimę

Kolejny temat zimowy - jak się ubrać żeby było dobrze. Kilka osób prosiło mnie o poruszenie tej kwestii więc postaram się powiedzieć jak sobie z tym radzę. Oczywiście nie ma jednego schematu bo zima to taka dziwna pora roku, że spodziewać można się wszystkiego, do tego każdy odczuwa warunki w inny sposób. Ale pewne zasady, którymi się kieruje przedstawię. Ogólnie moimi najlepszymi przyjaciółmi w tym okresie są: bluza, wiatrówka, komin i skarpety narciarskie :)



* Zasada 1 - nie warto ufać termometrowi. Nauczyłem się, że liczba na termometrze to jedno, a rzeczywiste odczucia to drugie. Przede wszystkim na nasze odczucia wielki wpływ ma wilgotność powietrza. Gwarantuje, że większy komfort odczujemy przy +2 stopniach i bardzo niskiej wilgotności niż przy +10 stopniach i niemal 100% wilgotności. Im więcej wody w powietrzu tym bardziej i szybciej zimno przenika aż do szpiku kości. Bardzo nieprzyjemnie jeździe się w chłodne pochmurne i wilgotne dni.



* Zasada 2 - Warstwy. Żadna nowość bo zawsze mówi się o tym, aby ubierać się "na cebulkę". Jest to naprawdę ważne i dużo daje. I mówię to z doświadczenia bo wybrałem się raz w samej bluzie. Koszmar ;)
Warto nabyć tak zwaną pierwszą warstwę czyli bieliznę termoaktywną, która ściśle przylega do ciała. Dzięki temu nic nam nie zawiewa, a pot zostaje szybko odprowadzony dalej. To działa! Później zależnie od temperatury: koszulka letnia, czasem nawet dwie, potem ocieplana bluza kolarska i ewentualnie wiatrówka. Polecam tak zwane mini kurtki, które są lekkie i mieszczą się do kieszonki koszulki - genialna rzecz. Kurtki takie średnio oddychają ale w nagłych przypadkach świetnie ogrzewają lub chronią przed deszczem. Co do nóg to patent mam następujący: Jak jest bardzo zimno to ubieram dwie pary spodni: pierwsze bez szelek z wkładką, a na nie drugie z szelkami. Działa nawet przy lekkim mrozie. 



* Zasada 3 - Zadbaj o stopy! To właśnie one najczęściej jako pierwsze się poddają. W zasadzie tylko z nimi mam problemy choć próbuje sobie z nimi radzić. Dobre są skarpety narciarskie. Wysokie aż do kolan, dość grube i ciepłe. Akurat takie leżały w domu więc wytestowałem. Zdały egzamin. Fajnie też by było mieć buty zimowe kolarskie ale są to spore koszty. Szkoda mi szczerze mówiąc. Zamiast tego ubieram te co mam, a na nie ochraniacze. Jeżeli jest w miarę znośnie to używam ochraniaczy z lycry - ograniczają dostęp wiatru i wilgoci w małym stopniu. Przy temperaturze ok. 5 stopni wytrzymują tylko do godziny. Lepsze są ochraniacze z neoprenu. To taki gruby materiał odporny na wodę i wiatr. W takich idzie wytrzymać dużo dłużej ale mają też wadę: stopa zupełnie nie ma jak oddychać i robi się nam sauna w butach. 



* Zasada 4 - Głowa. Ogromnie ważna jest głowa i jej okolice. Ostatnie czego chcemy to złapać jakieś przeziębienie. Tak więc czapka pod kask jest konieczna! Oprócz niej nie rozstaje się także z "kominem" z polaru, który ochrania szyje. Obecnie nie wyobrażam sobie bez niego jazdy. W mroźne dni warto pomyśleć o kominiarce i czapce polarowej. No ale to już ekstremalne sytuacje.  



* Zasada 5 - Ma być chłodno. Skąd wiedzieć czy ubraliśmy się dobrze? Ano ja poznaje to po tym, że pierwsze minuty po wyjściu z domu są chłodne. Jak poziom komfortu jest odrobinę za niski to wiem, że jest dobrze. Po 2-3 kilometrach rozgrzewam się i komfort termiczny jest doskonały. Fatalnie jest ubrać się za ciepło (przerabiałem). Na początku super - wyjeżdżam i jest mi cieplutko. Tyle, że po jakimś czasie robi się trochę za gorąco. Zaczynamy się pocić. Ściągamy bluzy lub kurtki. I nagle bach - kubeł lodowej wody w postaci jakiegoś podmuchu wiatru. Spotęgowany tym, że my i ciuchy są mokre. Koszmar! Po czymś takim jedyne czego pragniemy to znaleźć się z powrotem w domu. Komfortu już nie odzyskamy gwarantuje. 



To tyle. Pamiętajcie, że najlepsze jest własne doświadczenie. Po kilku - kilkunastu razach sami będziecie wiedzieli jak się ubrać jak tylko wychylicie na moment za okno głowę :) 


Zima? A więc rower!

Dziś zagadnienie na czasie - jak poradzić sobie z niezbyt przyjaznymi dla kolarza warunkami pogodowymi jakie niewątpliwie serwuje nam szeroko pojęta zima. Nie trzeba rezygnować z roweru - zresztą ja sobie tego zupełnie nie wyobrażam. Sposobów jest wiele, jak zawsze zależą od upodobań i oczywiście posiadania - lub nie - odpowiedniej gotówki ;) Pomijam oczywiście sytuację, o której każdy marzy: napływ ciepłego powietrza z południa i czyste niebo. Bo i tak się zimą zdarza. Wtedy tematu nie ma - wyciągamy szosę i cieszymy się jazdą.


* Trenażer. Dla jednych wynalazek ratujący życie, lub raczej formę, dla innych wymysł samego diabła. Nie można zaprzeczyć, że urządzenie jest bardzo wygodne. Zapominamy o tym co czai się za oknem i skupiamy się na treningu. Trenażery są różne. Od bardzo prostych - wpinamy rower i kręcimy po bardzo rozbudowane: płynna zmiana oporu symulująca podjazdy (a nawet zjazdy!), możliwość jeżdżenia z innymi dzięki łączu internetowemu i odpowiedniemu oprogramowaniu. A minusy? Zawsze będzie to prostu kręcenie w miejscu będąc zamkniętym w pokoju. O ile wirtualna rozrywka rozwiewa nudę,  o tyle jazda na tradycyjnym trenażerze jest ciężka dla psychiki. Mi nie podeszło. Pozbyłem się trenażera po kilku sesjach. Cenowo od 200 do kilku tysięcy zł. Zależy co chcemy mieć. 

* Rower zimowy. Dla mnie jedno z lepszych rozwiązań. Kupując nowy rower, wielu dziwiło się, że zostawiam sobie ten stary. Ale wiedziałem co robię. Na okres listopad - luty jest jak znalazł. Grubsze opony, błotniki, oświetlenie i dopóki droga czarna można jeździć! Oczywistym minusem jest wystawienie się na warunki zewnętrzne. Trzeba pamiętać, że przyjdzie nam jeździć w bardzo trudnych okolicznościach. Temperatury w granicach zera, deszcze, wiatry i okropna ciemność. Ja jednak wolę to od trenażera. Nie przeszkadza mi fakt, że wybranie się na rower trwa dobre 20 minut. (te wszystkie ciuchy, zresztą o tym będzie w oddzielnym wpisie). Kolejny minus - nie każdy ma taki rower, którego nie będzie szkoda. Gdybym nie miał starego Gianta do głowy by nie przyszło katować Canyona w niektóre dni. No ale tak jak pisałem wyżej - po to zostawiłem Gianta. Warto czasem przejrzeć internet, bo można znaleźć właśnie takie fajne, starsze rowerki na gorsze warunki. Nawet za kilka stówek.



* Rower górski. Ok mamy starą szosę ale przecież jest zima. Nie zawsze globalne ocieplenie da o sobie znać. Czasem mimo wszystko śnieg leży. Co wtedy? Oczywiście wtedy szosa odpada. Ale i na tą okoliczność mam swój sposób. Sposób w postaci kilkuletniego roweru górskiego z makro ;) Ciężki jak diabli ale działa! Masywne opony w teren, działające przerzutki i hamujące hamulce. Więcej nie trzeba. Leży śnieg - biorę owego górala i śmigam do pobliskiego lasu. Jasne, że wielkiego treningu nie zrobimy ale czas na rowerze jednak wpada. No i ćwiczymy technikę przy okazji. Cena takiego górala to często 200-300zł. Jak się dobrze zakręcimy to i za pół stówki wyłapiemy używkę. 



* Przerwa. Dobra, mamy zimówkę i górala. Ale leży metr śniegu i pada deszcz tworząc lodowisko wszędzie. Cóż teraz? Czasem po prostu robię sobie przerwę. Ekstremalne warunki nie trwają zwykle więcej niż dobę. A to jest do przeżycia. I nawet mając plany treningowe trzeba czasem po prostu odpuścić. 

* Ciepłe kraje. Temat mi niestety obcy ale wspomnieć trzeba. Nastały takie fajne czasy, że w zasadzie każdy w rozsądnych pieniądzach może wyjechać na tydzień-dwa do jakiegoś fajnego kolarskiego miejsca. Oferty zorganizowanych zgrupowań dla amatorów robią na mnie spore wrażenie. W zasadzie niczym się nie przejmujemy tylko jeździmy nierzadko z prosami, którzy masowo o tej porze roku trenują w tych samych miejscach.


No więc to są moje sposoby na zimę. Trzeba być elastycznym i mieć dobrą stronę z pogodą ;) Zdarzało się, że w trakcie ubierania musiałem zmieniać plany bo nastąpiło nagłe załamanie pogody. Czasem nawet wracałem zza rogu bo akurat zaczęło sypać. Sytuacja jest dynamiczna i trzeba się szybko dostosowywać. I jakoś to idzie :) Byle do wiosny!
Na teraz z mojej strony to tyle. 

czwartek, 15 października 2015

Xiaomi Yi Action Camera - recenzja

Wstęp.

Kamera sportowa chodziła za mną już od długiego czasu. Trasy coraz dłuższe, nowe tereny z fajnymi widokami i zawsze brakowało czegoś co te momenty uchwyci i zachowa. Owszem jest telefon, ale jeśli nie dysponujemy sprzętem z najwyższej półki to efekt nie będzie zbyt dobry. Na wiosnę dodatkowo zobaczyłem na żywo co potrafi GoPro i już wiedziałem, że musi się skończyć na dedykowanej kamerce. O ile najpopularniejszy sprzęt w tej kategorii czyli wspomniany GoPro pozostawał poza moim zasięgiem finansowym o tyle jakiś czas temu trafiłem na coś innego. Trafiłem na post kolegi Virenque na jego blogu (trzymajkoło) o ciekawej i stosunkowo taniej kamerce sportowej z Chin. Poczytałem, pooglądałem i dałem się namówić. Jak na zawołanie trafiłem na kamerę w naszym portalu aukcyjnym. Wyszło co prawda trochę drożej niż kupując bezpośrednio z Chin, ale przesyłkę miałem po 2 dniach, a nie po 2 miesiącach ;)

Pierwsze wrażenie.

Tak więc minęły 2 dni i listonosz przyniósł paczkę. Pierwsze wrażenie po rozerwaniu koperty bardzo pozytywne - opakowanie sprzętu to gustowne tekturowe pudełko w bardzo minimalistycznej oprawie. Trafili idealnie w moje gusta co od razu zapunktowało :) I nie mówię tu o byle tekturce żeby tylko było. Grube, twarde pudełko, idealnie spasowane z pokrywką naprawdę robi wrażenie. 

W środku niewiele - kamerka, krótki kabelek USB, akumulator oraz instrukcja... w języku chińskim :) 



Kamera - wygląd, wymiary.

Przed kupnem wiedziałem czego się spodziewać ale po raz kolejny byłem bardzo miło zaskoczony mając sprzęt w rękach. Kamera zrobiona jest z solidnego tworzywa (jakiś rodzaj plastiku) w kolorze białym z wytłoczonymi delikatnymi wzorkami. Brak tu ostrych krawędzi, brak niedoróbek. Generalnie - jakbym nie wiedział to nigdy bym nie powiedział, że mam w rękach tani produkt od naszych azjatyckich kolegów ;) Jest wręcz odwrotnie - oglądając kamerę miałem wrażenie, że jest to raczej towar z wyższej półki (cenowej). 

Sprzęt jest też mniejszy niż mogło by się wydawać. Nie mam przed sobą do porównania GoPro ale rzekłbym, że Xiaomi jest mniejsza. Czy jest to plus? Zależy. Plus bo łatwiej kamerkę schować i zajmuje mniej miejsca. Natomiast niektórym może być niewygodnie obsługiwać ją podczas jazdy. Ot sprawa indywidualna.   

Kamera posiada 3 przyciski:

  • Największy z przodu służy do włączania i wyłączania kamery oraz zmiany pomiędzy dwoma ustalonymi trybami,
  • przycisk na górze służy jako spust migawki oraz włącza i wyłącza nagrywanie,
  • przycisk z boku kamerki służy do włączania i wyłączania połączenia WiFi.


Specyfikacja.

Punkt techniczny, więc będzie technicznie:

  • Matryca Sony Exmor R BSI CMOS, 16MP
  • Obiektyw f2.8 oraz kąt widzenia 155 stopni
  • Full HD w 50 klatkach na sekundę
  • WVGA (848x480) w 200 klatkach na sekundę do fajnych spowolnień :) 
  • WiFi
  • MicroSD do 64GB
  • Akumulator 1010mAh

Uruchomienie.

Przed wyposażeniem się w kamerę trzeba kupić sobie kartę microSD, której oczywiście w zestawie nie ma. Co ciekawe kamera nie przyjmuje kart o mniejszej pojemności niż 2gb. Dosłownie wywala błąd, że karta jest za mała. Na szczęście miałem przy sobie kartę 8gb, która śmiga bez problemów. Wypada też zainstalować na telefon aplikację, która pełni funkcje sterowania kamerą. 

Uruchomiona kamera powiadamia nas o tym fakcie poprzez piknięcie oraz podświetlenie obwódki głównego przycisku z przodu. Muszę przyznać, że wygląda to bardzo ładnie. Światełko służy też jako wskaźnik naładowania akumulatora. I tak:
  • Światło niebieskie oznacza, że akumulator jest naładowany w 50-100%
  • Światło fioletowe - 15-49%
  • Światło czerwone - 0-14%


Bez aplikacji niewiele możemy zrobić. Mamy do dyspozycji 2 tryby - zdjęcia oraz nagrywanie filmu w standardowych ustawieniach (1920x1080 30fps). Dopiero po połączeniu kamery z telefonem zyskujemy szereg innych trybów i ustawień.



Tryby zdjęciowe:

  • Wybór rozdzielczości (5,8,12,13,16 Mp)
  • Tryb (Normalny, Samowyzwalacz, Time Lapse, Seria zdjęć)


Tryby filmowe:

  • Jakość (Wysoka, normalna, niska)
  • Rozdzielczość:

848x480, 200fps
1280x720, 100fps, 48fps, 50fps
1280x960, 48fps, 50fps
1920x1080, 24fps, 25fps, 48fps, 50fps
2304x1296, 25fps

  • Pomiar światła (środek, średnia, punktowy)


Z poziomu telefonu mamy też podgląd na żywo z kamery. Możemy też ściągnąć na pamięć tel. pliki ze zdjęciami/filmami. 

Najważniejsze.

No dobra, ale jakie to robi zdjęcia he? Czyli przechodzimy do najważniejszego. Powiem tak: Jest dobrze! Spodziewałem się trochę mniej niż dostałem, a to zawsze cieszy. Zdjęcia wychodzą ostre, najczęściej poprawnie naświetlone i w ładnych kolorach. Owszem zdarza się, że jadąc lasem będzie trochę za ciemno i zdjęcia będą rozmazane, zdarza się, że kamera źle wyostrzy ale generalnie jest naprawdę bardzo dobrze. 

Tak jak wspomniałem - przy złych warunkach świetlnych kamera radzi sobie wyraźnie słabiej. Niestety nie mam porównania do GoPro w kwestii zdjeć robionych wieczorem. Natomiast mam porównanie do zdjęć robionych w normalnych warunkach. Mój werdykt? Zależy od zdjęcia :) Jak zrobiłem zestawienie fotek z GoPro i z omawianej kamerki to moja ocena była różna. Starałem się porównać w miarę podobne zdjęcia. Czasem bardziej podobały mi się te z GoPro, ale czasem - co naprawdę mnie zdziwiło - to te z Xiaomi sprawiały lepsze wrażenie! 

Kilka zdjęć przykładowych. Uwaga: zdjęcia są po przeróbce graficznej (oprócz ostatniego, podpisanego). Uznałem, że wrzucę je właśnie w taki sposób jako, że w taki sposób zamieszczam je wszędzie indziej. Ot wybryk amatora-fotografa - nigdy nie zamieszczam w sieci surowego zdjęcia :) 





Bez obróbki graficznej wygląda to tak jak powyżej


Filmy. Tutaj moje doświadczenie jest małe. Rzadko robię, nie mam z nimi wielkiej styczności. Zamieściłem w sieci jeden. Decyzję czy jest ok czy nie pozostawiam każdemu z czytających.



Wady i zalety

Czyli krótko i na temat:

Zalety +

  • Cena
  • Znakomity stosunek jakości zdjęć do ceny
  • Dobra jakość filmów
  • Solidna i porządna konstrukcja
  • Wygląd

Wady -

  • Bez aplikacji bardzo ubogie możliwości sterowania
  • Trochę na siłę: brak instrukcji papierowej chociażby w j. angielskim


Podsumowanie

Co tu dużo mówić: nie stać Cię na GoPro to kupuj chińczyka. W tej cenie kamera jest rewelacyjna. Ja dałem 360 zł co jest ceną ponad czterokortnie niższą od GoPro 4, która oferuje podobne funkcje i parametry. Jasne, że zdjęcia i filmy nie są takie jak z GP ale na moje cele (internet) kamera jest bardziej niż wystarczająca. Polecam :)  



czwartek, 17 września 2015

Jazda na czas - moja nowa pasja

Jazda na czas. Rywalizacja w najczystszej postaci. Tylko Ty, rower i uciekający czas. "ITT", Wyścig z czasem. To niektóre z określeń dla tej pięknej ale też ciężkiej i bolesnej dziedziny kolarstwa. W tym roku mnie wzięło przyznam szczerze, a zakup lemondki znalazł się w ścisłej czołówce najlepiej wydanych pieniędzy na kolarstwo. A trochę ich już wydałem ;) 

Zaczęło się niewinnie od segmentów na stravie. O ile segmenty na podjazdach to po prostu typowa walka na podjazdach o tyle odkryłem, że na płaskich odcinkach zamiast szarpać się z rowerem bardziej opłaca się pójść w inną stronę: przyjąć bardziej aerodynamiczną sylwetkę i dobrze rozłożyć siły. Po jakimś czasie segmenty przestały być tak istotne. Została natomiast fascynacja jazdą na czas. Zacząłem czytać, próbować własnych sił, trenować i eksperymentować na szosie. Pojawiły się bardzo różnorodne dystanse. Od krótkich sprinterskich odcinków mierzących ledwie 6 kilometrów po ... 100 kilometrową pętlę. Od razu muszę zaznaczyć, że obecnie "bawię się" jedynie w płaskie trasy. Góry to góry - biorę szosę i katuje podjazdy. Jazda na czas to jazda na czas. Jestem tylko amatorem - mam prawo sobie to rozdzielić. A i od razu uwaga - temat tego wpisu jest widziany i opisany okiem amatora, który dopiero zaczyna zabawę. Nie mogę Wam obiecać, że wszystko jest w 100% poprawne ale myślę, że wielkich herezji tu nie będzie ;)

Mimo wielkich różnic w długości tras, założenia pozostały takie same:

  • Po pierwsze aerodynamika. To najważniejsza i kluczowa kwestia gdyż to co zwalnia nas najbardziej to my sami w starciu z napierającym powietrzem :) Im jedziemy szybciej tym opory będą większe, dlatego tak ważna jest poprawna sylwetka. Myślę, że mniej więcej wiadomo o czym mówię? Pochylony tułów, schowana głowa, i ręce blisko siebie - po prostu naszym celem jest zmniejszenie naszej powierzchni maksymalnie jeśli popatrzymy od przodu. Oczywiście nie można przesadzić w drugą stronę: zbytnie kombinacje zakończą się utratą generowanej mocy i cały plan idzie w las.



  • Druga sprawa to oczywiście trening. Na początku było łatwo - wyznaczyłem sobie trasy i śmigałem jak najszybciej się dało. Bez ładu i składu. Wpadały nawet czasem jakieś fajne czasy. Tyle, że po jakimś czasie nadchodzi taki moment, że już nie bardzo idzie poprawiać owe czasy. Jak we wszystkim - potrzebny jest odpowiedni trening. I nie chcę tu zgrywać eksperta bo nim nie jestem, ani spalacza bo też nie do końca nim jestem. Ale fakty są takie, że jak chcemy być lepsi to trening jest jedynym wyjściem. Co do pierwszego stwierdzenia - nie jestem ekspertem więc nie będę tu prawił mądrości o treningach. Po prostu - chodzi o zwiększenie naszej funkcjonalnej mocy progowej (magiczne FTP). Chcemy podnosić średnią ilość watów kręconych przez dłuższy czas. Przydadzą się długie interwały, a także po prostu jeżdżenie czasówek. 



  • Sprzęt. Trzeci i też ważny punkt. I tu się robi ciekawie bo w przypadku jazdy na czas nie usłyszymy już - "liczy się jedynie noga, możesz objechać innych nawet na dwudziestoletniej stalówce". Może jedynie kogoś kto w ogóle nie ma o tym pojęcia... 
    Sprzęt jest ważny. I kosztowny. Dlatego można zrobić tak jak ja i skorzystać z niektórych tańszych rozwiązań. Według mnie kluczowym i niezbędnym akcesorium jest lemondka. Tutaj nawet nie ma się nad czym zastanawiać. Z własnych doświadczeń wiem, że różnica jest kolosalna. Koszty stosunkowo niewielkie: ja dałem za swoją coś koło 150 zł. Dużo, nie dużo ale dotarłem do danych naukowych mówiących o tym, że na trasie 40km przy tempie TT lemondka to "darmowe" 122 sekundy zaoszczędzonego czasu. 2 minuty na 40 kilometrach to przepaść. 

    Drugą rzeczą ze znakomitym stosunkiem ceny do jakości jest podobno kask aero. Podobno bo sam akurat tego jeszcze nie sprawdziłem choć już się za tym rozglądam. Internety mówią, że to też ogromny bonus czasowy (około minuty na 40km). 

    Potem są detale, które już pewnie dotyczą sekund lub może na moim poziomie nie znaczą nic? Kto wie. Wiem natomiast, że są takie rzeczy, które może nie wpływają bezpośrednio na osiągi, ale wpływają na głowę. Lubię mieć świadomość, że zadbałem o wszystko co się dało. Już samo nastawienie myślę, że dodaje mocy ;) 

    No więc wracając do tematu. Mam jeszcze kilka drobiazgów, których używam przy próbach czasowych: dobrze przylegające rękawiczki (żadnych rzepów i wkładek żelowych - po prostu super dopasowana rękawiczka). Używam też rękawków oraz owiewów na buty, które podobne wcale takim drobiazgiem nie są (30 sekund na 40km). No i jak najlepiej dopasowany strój kolarski. Zawodowcy dostają do dyspozycji specjalne kombinezony jednoczęściowe nad którymi pracują całe zespoły ludzi i na które najlepsze drużyny świata wydają setki tysięcy euro (!!!) i poświęcają setki godzin badań i testów. Jako ciekawostkę podam, że niektóre kombinezony nie nadają się do niczego po 2-3 praniach :D Ale na poziomie World Touru na takie rzeczy się nie patrzy...

    O sprzęcie można pisać jeszcze wiele. Aerodynamiczne koła, dyski, ramy, całe rowery. Niestety tu moja wiedza jest już tylko teoretyczna. Ale może kiedyś... ;)


Ok, to są trzy kluczowe założenia w przygotowaniu do jazdy na czas. Ale co z samą jazdą? Oczywiście nie jest tak, że zaczynamy i lecimy full gas. Bo tak to można na dystansie kilkuset metrów. A typowa czasówka to przecież dystans ok. 20km (w Wielkiej Brytanii niezwykle popularne są 10 milowe czasówki. 10 mil to około 16km). 

Niejako ułatwieniem jest pomiar mocy. Mamy ustalone FTP, lecimy początek lekko poniżej, potem przechodzimy na próg i w końcówce go przekraczamy. Oczywiście nie jest to takie łatwe w praktyce. Dobrze przejechana czasówka to taka, gdzie po przekroczeniu linii mety nogi są puste, ale też taka, gdzie nie przeholujemy i nie odetnie nas przed końcem. Trzeba doskonale znać swoje możliwości i doskonale rozłożyć siły. 

  • Rozgrzewka. Długo myślałem, że ja amator to tego nie potrzebuje.  A w ogóle jak widziałem, że przed samą czasówką robi się kilkuminutowe interwały na progu to już w ogóle nie dowierzałem. 5 minut lekkiego kręcenia to była moja rozgrzewka. Błąd. Ostatnio robiłem próbę czasową na dystansie 6.6km. Zajęło mi to 7 minut i 59 sekund. A rozgrzewki wiecie ile było? Ponad 40 minut. Im krótszy dystans tym dłuższa rozgrzewka! Szukając w internecie łatwo jest znaleźć programy rozgrzewkowe. Tutaj sprawa jest indywidualna dla każdego więc nie ma gotowej recepty. Podpowiem tylko, że przed wspomnianą próbą zrobiłem 3 dwuminutowe interwały w tempie TT, oraz na 5 minut przed startem 10 sekundowy sprint. 

  • Rozkład sił (pacing). Z własnego doświadczenia wiem jakie to cholernie ważne. Na dodatek my sami sobie utrudniamy. Jak? Na samym początku niezwykle łatwo jest przesadzić. Adrenalina wywołana startem i początkowa faza wyścigu sprawia, że kręci się nam niezwykle łatwo. Głowa podpowiada - przecież ma być mocno, dokręcaj! I sam tak robiłem. Chciałem jak najszybciej wejść w obroty. Kończyło się to tym, że w połowie dystansu zwalniałem i druga połowa trasy była przejechana znacznie wolniej od pierwszej. A więc początek będzie łatwy! I taki ma być. Celujemy w tak zwany 'negative split' czyli fajnie będzie jeśli pierwsza połowa trasy będzie przejechana wolniej niż druga. Niezwykle ciężkie zadanie uwierzcie mi ;)

    Przy 20km trasie ogólne wytyczne są takie: pierwsze 10 minut ma być stosunkowo łatwo. Drugie 10 już powinniśmy czuć nogi ale nie powinniśmy być na limicie. Ostatnie 10 minut idziemy full gas. Ma boleć!

    Inne dystanse - inne założenia to oczywiste. 



Po co mi to? Tyle się opisałem o treningach, strategiach, sprzęcie, pozycjach, bólu. Można by stwierdzić, że w ogóle po co mi to wszystko? Przecież jeżdżę amatorsko, czy nie wystarczy, że sobie pokręcę po okolicy na luzie? Czasem przyatakuje jakiś segment albo wybiorę się na jaki wyścig? Jasne, nic w tym złego. Ale ja mam inaczej. Ja lubię liczby, lubię otoczkę kolarstwa, lubię poprawiać swoje osiągi, eksperymentować ze sobą i ze sprzętem. Atmosfera i klimat to dla mnie coś niesamowicie ważnego. Niektórzy śmiali się ze mnie, że ubieram rękawki przed zrobieniem czasówki. Ale to jest dla mnie zabawa. Zawodowcem już raczej nie będę, ale dlaczego nie mam się chociaż zabawić w zawodowca? Przygotować rower, ubiór, zrobić coś co chociaż w małym stopniu da atmosferę wielkiego ścigania? Nie ukrywam, że często podczas jazdy w głowię mam wymyśloną całą sytuację wyścigową. Ja nie jadę sam po okolicy. Czasem jadę w ucieczce, czasem w peletonie, czasem uciekam niewidzialnym przeciwnikom, czasem walczę z nimi na premiach lotnych lub górskich. Często przyjazd pod dom kończy się szaleńczym sprintem na kreskę (mam narysowaną przed domem kreskę - serio), a czasem mam taką przewagę, że spokojnie dojeżdżam z gestem triumfu. A nad tym wszystkim oczywiście relacja TV i komentarz z brytyjskiego Eurosportu, a czasem i naszego polskiego :D

Z jazdą na czas nie jest inaczej. Jest trening i ból ale jest też zabawa i atmosfera. Najważniejsze to czerpać radość z tego co się robi. Kolejna ciekawostka - nigdy nie wystartowałem w zawodach jazdy na czas. Wszystko do tej pory opierało się na moich indywidualnie zorganizowanych 'zawodach' ;) Ale w przyszłym roku to się już zmieni.